Ostatnio każdego dnia piję. Nawet jeśli nie z kimś to sama otwieram butelkę wina.
Myślę, że w moim życiu znowu zapanowała jakaś przykra niepewność. I nie wiem czym jest ona spowodowana i to chyba najbardziej przyprawia mnie o osłupienie i taką zwykłą ludzką złość. Ta nieporadność.
Czuję, że nie pasuję do tych ludzi, których znam już długo i mam parę miłych wspomnień związanych z nimi. To nie moja wina, że przy nich zupełnie nagle staję się jakaś taka zamknięta i mało zabawna. Czy można lubić z kimś przebywać i jednocześnie źle się czuć w jego towarzystwie? Wygląda to trochę bestialsko, trochę brutalnie, ale ja nie potrafię z nimi przebywać i jednocześnie być sobą. Jakoś trudno mi połączyć te dwie rzeczy. Naprawdę trudno. W ogóle myślę, że przydałaby mi się jakaś przerwa od nich, bo czuję się beznadziejnie, taka bezlitośnie rozerwana na kilka części.
Chcę a nie potrafię.
To mnie niszczy.
Bo ja naprawdę jestem inna niż tu, tak myślę. Przecież ja mam w Łodzi mnóstwo znajomych i oni ciągle mi powtarzają, że gdyby nie te bzdury, które wygaduję, gdyby nie ta moja śmiałość i to, że "mam wyjebane" było by nudno. Że gdy nie ma mnie w szkole jest nudno, a ja zawsze ich rozbawię. Że mówią o mnie "gaduła". Chyba że mam doła. Bo czasem mam doła. Już tak niestety czasem się zdarza. Na chłopaków też niespecjalnie narzekam. Kamil mnie uwielbia, Kuba twierdzi, że tylko mi naprawdę ufa... I jest tego więcej. Więc dlaczego czuję się tak źle?
Nie potrafię być "normalna" w domu, po prostu nie umiem. Tak cholernie mnie wszystko krępuje.
Nie potrafię walczyć o ludzi, po prostu. Jak odnoszę wrażenie, że komuś nie zależy na mnie, to się wycofuję, nie chcę przeszkadzać i być zbędnym balastem. Znikam. I nic nie dają zapewnienia, chodzi tylko o czyny.
Jestem tak irytująco skołowaciała i oszołomiona, i aż za bardzo chce mi się płakać.
Ale to pewnie przez te piosenki i tą godzinę... Tak, na pewno.
Kiedyś nadejdzie ten dzień, o którym ostatnio rozmawiałam z Damianem, gdy przestanę czuć cokolwiek. Zniknie ból, który tak bardzo uwiera mi na sercu, a późną nocą w oczach nie pojawią się łzy. Myśl o kolejnym nachodzącym dniu przestanie być przerażająca. Po prostu wstanę i dam sobie radę. Przetrwam. Złapię czyjąś dłoń i opowiem o tym, co udało mi się wygrać.
To ja jestem odpowiedzialna za wszystko, co dzieje się w moim życiu. To ja muszę zadbać o siebie. Ja muszę zatroszczyć się o to, żebym była szczęśliwa.
Myślę, że w moim życiu znowu zapanowała jakaś przykra niepewność. I nie wiem czym jest ona spowodowana i to chyba najbardziej przyprawia mnie o osłupienie i taką zwykłą ludzką złość. Ta nieporadność.
Czuję, że nie pasuję do tych ludzi, których znam już długo i mam parę miłych wspomnień związanych z nimi. To nie moja wina, że przy nich zupełnie nagle staję się jakaś taka zamknięta i mało zabawna. Czy można lubić z kimś przebywać i jednocześnie źle się czuć w jego towarzystwie? Wygląda to trochę bestialsko, trochę brutalnie, ale ja nie potrafię z nimi przebywać i jednocześnie być sobą. Jakoś trudno mi połączyć te dwie rzeczy. Naprawdę trudno. W ogóle myślę, że przydałaby mi się jakaś przerwa od nich, bo czuję się beznadziejnie, taka bezlitośnie rozerwana na kilka części.
Chcę a nie potrafię.
To mnie niszczy.
Bo ja naprawdę jestem inna niż tu, tak myślę. Przecież ja mam w Łodzi mnóstwo znajomych i oni ciągle mi powtarzają, że gdyby nie te bzdury, które wygaduję, gdyby nie ta moja śmiałość i to, że "mam wyjebane" było by nudno. Że gdy nie ma mnie w szkole jest nudno, a ja zawsze ich rozbawię. Że mówią o mnie "gaduła". Chyba że mam doła. Bo czasem mam doła. Już tak niestety czasem się zdarza. Na chłopaków też niespecjalnie narzekam. Kamil mnie uwielbia, Kuba twierdzi, że tylko mi naprawdę ufa... I jest tego więcej. Więc dlaczego czuję się tak źle?
Nie potrafię być "normalna" w domu, po prostu nie umiem. Tak cholernie mnie wszystko krępuje.
Nie potrafię walczyć o ludzi, po prostu. Jak odnoszę wrażenie, że komuś nie zależy na mnie, to się wycofuję, nie chcę przeszkadzać i być zbędnym balastem. Znikam. I nic nie dają zapewnienia, chodzi tylko o czyny.
Jestem tak irytująco skołowaciała i oszołomiona, i aż za bardzo chce mi się płakać.
Ale to pewnie przez te piosenki i tą godzinę... Tak, na pewno.
Kiedyś nadejdzie ten dzień, o którym ostatnio rozmawiałam z Damianem, gdy przestanę czuć cokolwiek. Zniknie ból, który tak bardzo uwiera mi na sercu, a późną nocą w oczach nie pojawią się łzy. Myśl o kolejnym nachodzącym dniu przestanie być przerażająca. Po prostu wstanę i dam sobie radę. Przetrwam. Złapię czyjąś dłoń i opowiem o tym, co udało mi się wygrać.
To ja jestem odpowiedzialna za wszystko, co dzieje się w moim życiu. To ja muszę zadbać o siebie. Ja muszę zatroszczyć się o to, żebym była szczęśliwa.